Najpierw

były rybki. Dwie. Neonki. W słoiku po ogórkach kiszonych.
Miało ich wcale nie być. Były substytutem psa, kota, chomika czy jakiegokolwiek innego zwierzaka, o którym marzą mali chłopcy.
Dla alergików sierść jest zabójcza. Rybki sierści nie posiadają (podobno).
Kupione w tajemnicy przed panią doktor, na próbę.

Ale od początku.

Mimo kiepskich warunków w jakich u nas przebywały – żyły. Widocznie służyło im sąsiedztwo monitora, kubka pełnego kredek i dobrze wpływały na nie wibracje z głośników. Były muzykalne i miały specyficzny gust. Ganiały się nawzajem po niewielkiej powierzchni jaką przeznaczyliśmy na ich igraszki (bądź kłótnie…kto to wie). Mało jadły. Nie sposób było jednak nie zauważyć jakie szaleństwo ogarniało je w czasie tych rzadkich posiłków. Wyłapując wsypywane kolorowe porcje, błyskały ogonkami wprawiając w ruch drobinki piasku na dnie słoika.
I właśnie o pokarm dla neonek poszło.
Jak stwierdzono naukowo – jest dla alergików zgubny (również).
A choróbska, których przyczyn już nie rozpoznawaliśmy, nie opuszczały nas w tym rybim czasie na dłużej niż na tydzień.
Rybki zadomowiły się, zaprzyjaźniły z myszką na temperówce, polubiły widok z okna, ale wszystko wskazywało na to, że to ich ostatnie dni. Chyba że…
….zaakceptują nową dietę…zdecydowałam.
Pokarm w torebce wylądował w koszu na śmieci.
Biedaczyny pływały smętnie przez dwa dni. Temat ich wizyty w toalecie zawisł pod sufitem dziecięcego pokoju. Brak było odważnego do wykonania egzekucji. Sprawa okazała się poważniejsza niż przypuszczaliśmy.
W końcu wymieniłam im wodę i … z zającem w sercu, wsypałam do słoika … startą drobno suchą bułkę… Nie zdziwił mnie ich zapał.
Czekałam.
Chcąc urozmaicić im menu, sproszkowałam na dodatek żółtko od ugotowanego na twardo jajka. Przetarte przez sitko, wysuszone drobinki wsypałam im na kolację.
Następnego dnia ujrzałam w słoiku makabryczną scenę. Jedna z rybek pływała do góry brzuchem, woda śmierdziała, druga neonka spoglądała smętnie na sympatycznego, bądź co bądź kata (czyli mnie).
To nie miało sensu.
Nie oglądając się na zgorszonego moim postępkiem męża i zawodzącego 🙂 syna, chlusnęłam zawartością słoika w sedes.
Jeszcze długo roznosił się po mieszkaniu zgniły zapach rybiego końca.

Ewa
Ten wpis został opublikowany w kategorii Kategoria. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *