Koszatniczki – historia

Miały być myszoskoczki. Dwa, bo podobno żyjąc w pojedynkę stają się osowiałe i popadają w depresję. W sklepie zoologicznym nastąpiła zmiana decyzji.
Myszoskoczki są malutkie, niesamowicie zwinne – poinformowała nas piękna dziewczyna o długich blond włosach wyłapując bez problemu dwa maluchy z akwarium. Rozejrzeliśmy się dokładniej i zobaczyliśmy koszatniczki. Tak, to było to. Całkiem spore. Trochę jak szczur, trochę jak wiewiórka. Zrezygnowaliśmy z myszoskoczków i poprosiliśmy o jedną koszatniczkę. Pani zapakowała ją do pudełka z otworkami , wyposażyła nas w klatkę, pokarm, trociny, dodatki i dała w prezencie książeczkę na temat tego zwierzątka.
W samochodzie zapadła ważna decyzja – nazywa się Yoko (John Lennon przekręci się w grobie z wrażenia).
Klatkę postawiliśmy w pokoju Adasi, w końcu to jego nabytek (od dawna prosił o jakiegoś zwierzaka). Wyposażyliśmy ją, poza plastikowymi dodatkami, w odpowiednie korzenie.
Pierwszego dnia Yoko była chyba w szoku. Piszczała, ale pozwoliła się wyciągać z klatki. Zwiedziła kanapę, nasze kolana i ramiona. Jednak na drugi dzień oszalała. Biegała po swoim domku, podgryzała wszystko, przestawiała (meblowała się) i nie pozwoliła się złapać.. Obwąchiwała nasze palce, brała z rąk przysmaki, ale przy najmniejszej próbie pochwycenia, zaszywała się w kąt. Jej babskie zapędy do przemeblowanek dojrzewały. Przestawiała plastikowy domek, zrzucała korzenie i pokarm z miseczki, gryzła klatkę. Miała ciągotki do ucieczek. A skosztowała przestrzeni, uciekając z klatki nierozważnemu synowi. Wychodząc z domu zostawił uchylone drzwiczki. Gdy wróciliśmy, okazało się, że Yoko, żądna przygód, skorzystała z okazji. Zezłościłam się znając jej gryzoniowe zapędy, bałam się o kable, nóżki mebli itd. Znaleźliśmy ją pod łóżkiem i oczywiście nie mogliśmy złapać. Udało się Maćkowi – zastosował manewr z kartonem. Od tamtej pory, mała cwaniara, za każdym razem gdy wkładałam rękę do klatki, wskrabywała się na nią, wystawiała główkę poza klatkę i marzyła o wolności.

Potem postanowiliśmy postarać się o towarzyszkę jej smutnej, klatczanej doli. Znajomemu znajomych urodziły się małe i jedną z nich oddał nam na wychowanie. Prosiliśmy o samiczkę i otrzymaliśmy ją. Ono – bo takie imię dostała – początkowo była bardzo spokojna. Zostały razem na noc, w jednej klatce, bo przecież tylko jedną posiadamy. Nad ranem nie zauważyłam nic niepokojącego, ale po powrocie z pracy…szkoda gadać….w klatce miałam okazję oglądać film erotyczny z koszatniczkami w roli głównej. Mała Ono okazała się niewyżytym zboczeńcem z fikuśnym kutasikiem miedzy nogami. Odizolowaliśmy ją natychmiast, wymieniliśmy w sklepie zoologicznym na samiczkę, ale uznaliśmy, że stało się. Rozrastająca się wszerz Yoko miała wilczy apetyt. Zaprzyjaźniła się z nową towarzyszką, ale już na pierwszy rzut oka było widać, która z nich rządzi w klatce. Yoko pierwsza przy misce z jedzeniem, Yoko miała pierwszeństwo w kręceniu się w metalowym kółku. Młoda podporządkowała się temu podziałowi ról. Czasem przytulały się do siebie jak dwa misie, piszczały z zadowolenia, bawiły…czasem kłóciły….ot, dwie przyjaciółki.

Po pewnym czasie Yoko urodziła pięcioro maluchów !!!
Były śliczne, nieporadne, cudowne.
Oglądaliśmy poród od początku do końca (przyjechała nawet Ania z Darkiem, do której zadzwoniłam rozentuzjazmowana). Yoko nic nie robiła sobie z naszej obecności.
Cała akcja zaczęła się gdy wróciliśmy na obiad z wyprawy nad Wisłę. Weszłam do kuchni, gdzie tymczasowo przebywały, i od razu wiedziałam że coś jest nie tak. Yoko poruszała się wolno z jednego kąta klatki w drugi, zaczepiała pazurkami o konary drzew, wyciągała, spłaszczała, nadymała. Włożyliśmy do klatki ligninę, aby „dziewczyny” mogły wymościć nią gniazdo. Od razu wiedziały do czego ta lignina im się przyda. Druga koszatniczka przejęła rolę samca. To było niesamowite, stała się bardzo pomocna.
Cały poród trwał ok. 3 godzin. W ciszy, w spokoju.
Yoko wyciągała małe pomagając sobie ząbkami, potem podnosiła je za pępowinę, kładła przed sobą, zjadała pępowinę, wylizywała dokładnie młode, zjadała łożyska (odgłosy chrupanego mięska były dziwne…brrr). Potem obie z Ono kładły się na nich ogrzewając „noworodki” własnym ciałem. Piękny widok.
Pousuwaliśmy zakrwawioną ligninę, zastępując ją świeżą. Koszatniczki zrobiły z niej piękne legowisko dla maluchów. Ponieważ ciąża u koszatniczki trwa ok. 90 dni (z tego wynika że ciężarną była Yoko już w momencie zakupu) małe rodzą się obrośnięte, mają otwarte oczy i są całkiem sprawne.
Szybko stały się samodzielne.

Wśród pozostałej czwórki Uszaty wyglądał na ich mini kopię. Miał małe szanse na przeżycie.
Adaś twierdzi że urodził się jako drugi, mnie wydaje się że wyszedł ostatni.
Był lekko niewydarzony, a przez to najukochańszy. Nie miał tak długich włosków jak inne, jego uszy nie przylegały do głowy tylko odstawały pociesznie, a ciałko było drobniejsze, skóra pofałdowana. Nie otwierał jednego oka.
Gdy Yoko siadała na młodych, nastawiając się do karmienia, biedny maluch docierał pod jej brzuch, ale czasem tylko po to aby grzać się ciepłem jej futerka. Pozostałe były zwinniejsze, szybkie, głodne, piskliwe.
Próbowałam karmić go za pomocą pipetki. Zrobiłam, zgodnie z zaleceniami z książki, mieszankę mleczno rumiankową, schwyciłam malucha w dłoń i starałam się wlać w niego trochę płynu. Jakby pomlaskał, jakby połknął, ale to mało, prawie nic.
Doszliśmy do wniosku, że w naturze następuje naturalna selekcja, słabe osobniki nie mają szans na przetrwanie. Czekaliśmy.
Jednak przeżył. Ku naszej radości.

Po jakimś czasie jeden z maluchów wyłysiał, wyglądał koszmarnie. Połowa główki pozbawiona włosów świeciła różową skórką. Weterynarz orzekł, że nastał czas walki o dominację w stadzie, na kilka dni należy poszkodowaną odizolować i smarować maścią goły placek na pyszczku. Tak więc w ciągu dnia, gdy mieliśmy nasze myszy na oku, wkładaliśmy Kalekę (potem nazwanego Piratem) do klatki z pozostałymi, ale w nocy siedział samotnie w pudełku i piskliwie informował wszystkich wokół o swoim nieszczęściu.

W międzyczasie wydaliśmy 2 z 5 maluchów bo w naszej klatce robiło się już ciasno.

A Uszaty był niesamowity. Najmniejszy, najdrobniejszy, ale to wcale nie oznacza, że zahukany siedział w kącie obgryzając nerwowo pazurki. Wręcz przeciwnie. Z łysego, powłóczącego łapkami wypierdka przemienił się w duszę towarzystwa.

Któregoś dnia oddaliśmy najstarsze nasze koszatniczki do zoologika. Matka rozkosznej piątki i jej siostra, w brązowym pudełku, odbyły ostatnią, prawdopodobnie podróż w ich życiu.
Sprzedawczyni nie była wniebowzięta ponieważ myszy są już za duże aby ktoś chciał je kupić, usłyszeliśmy natomiast, że biedaczki nadają się do rozrodu, więc zostaną umieszczone w osobnej klatce i będą oczekiwały na samca. Syn długo żegnał się z nimi ze łzami w oczach….cóż, nie mamy w domu warunków na hodowlę koszatniczek.
Tak więc zostały trzy maluchy. Maluchy, dobre sobie, to już były dojrzałe myszy.
1. Uszaty zwany potocznie Dziulkiem. Niesamowicie ufny, towarzyski i ciekawski.
2. Pirat – nazwany tak ze względu na wcześniejszą łysinkę wokół oka. Trochę wypłoszony.
3. Yoko – imię na cześć oddanej do zoologika matki.

A potem zachorował Dziulek. Obrzydliwe zgrubienia pokryły jego wątłe ciałko. Wizyta u weterynarza była błędem, ponieważ lekarz nie rozpoznał prawdziwej przyczyny zmian na skórze. Teraz już wiem, że to grzybica, którą zaraził się Adaś.
Obecnie w klatce baraszkują już tylko dwie koszatniczki. Uszaty i Pirat. Wizja kolejnej ciężarnej w klatce zmusiła nas do pozbycia się Yoko. Podobnie jak jej matka i ciotka – powędrowała do sklepu zoologicznego. Na pewno znajdzie nowego właściciela, jest bardzo spokojna.

Poczekamy aż Dziulek dojdzie do siebie tzn. aż odrosną mu włoski na grzbiecie, a potem prawdopodobnie pozbędziemy się gryzoni. Polubiliśmy je. Szkoda.

Ewa
Ten wpis został opublikowany w kategorii Kategoria. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na Koszatniczki – historia

  1. red/wl (pepegi.blog.pl) pisze:

    Taka to koszatniczkowa telenowela z radościami, smutkami i zwrotami akcji… Z dużą sympatią czytam. Pozdrawiam serdecznie, a grzybowi mówię zdecydowane: a kysz!

  2. koti pisze:

    nie podoba mi się to.trzeba było oddać maluchy, a zostawić starsze samiczki.Przecież one się przyzwyczajają do właściciela.To są żywe istoty a nie zabawki!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *