W niedzielę

Maciek, myjąc naczynia zaczął się śmiać do siebie. Siedziałam przy stole w kuchni nad rozłożonymi papierami z pracy. Z czego się śmiejesz? – zapytałam. A, czasem jak coś mi się przypomni to nie mogę się opanować – odparł. A co ci się przypomniało tym razem – dociekałam. Nie powiem, bo gdy to zrobię obrócisz wszystko przeciwko mnie – skwitował. Jednak nalegałam, więc zdradził tajemnicę. Wytarł ręce, usiadł na krześle, podkurczył nogi, schował twarz w ramionach, potem podniósł głowę i tępym wzrokiem wpatrywał się w ścianę. Tak się czasem zachowujesz – powiedział, mając na myśli mój sobotni stan. Parsknęłam śmiechem.
To prawda. Zdarzają mi się takie chwile. Wtedy nic nie ma dla mnie sensu. Mam ochotę wyjść, albo wytłuc wszystkie talerze, albo uderzyć głową w ścianę, albo płakać.
I nie ma specjalnych powodów ku temu, aby taki stan mną zawładnął. Po prostu. Popadam w przygnębienie.
Jeszcze umiem się z tego śmiać…ale po czasie.

Ewa
Ten wpis został opublikowany w kategorii Kategoria. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *