Maciek wyjechał

na kilka dni, mama odmówiła, siostra nie chciała. Zostałam z biletami na „Hioba” sama. Próbowałam znaleźć kogoś spośród znajomych netowych i kolegów w pracy. Usłyszałam między innymi, że pójście do teatru z mężatką jest ryzykowne. 🙂 Singli wśród znajomych brak. Wybrałam się na spektakl mimo braku towarzystwa, a szczerze mówiąc nie zależało mi na nim specjalnie. No może trochę, po przedstawieniu – nie miałam komu opowiedzieć co czuję, a najfajniej opowiada się w drodze, bezpośrednio po opuszczeniu teatru.
Spektakl autorstwa Karola Wojtyły przedstawił Lwowski Teatr Woskriesiennia, więc jak można się domyślać na scenie zawodzono po rusku. Zawodzono, bo tak określiłabym cerkiewne śpiewy chóralne, którymi okraszono występ. Pierwsze minuty spektaklu były dla mnie okrutnie męczące. Starałam się zrozumieć co mówią aktorzy, a ponieważ marnie mi szło byłam bliska wyjścia. Ale wstyd mi nie pozwolił i jestem mu wdzięczna. Zrezygnowałam z wczuwania się w tekst, a skupiłam na odbiorze całości, starałam się wsiąknąć w klimat, odnaleźć coś dla siebie. I odnalazłam – poza pęknięciem na jednaj z szat tłuściutkiej aktorki, przez które to zerkały dyskretnie jej pokaźne pośladki – ciepło, smutek, cierpienie i miłość. Spektakl bardzo symboliczny. Za wystrój posłużyło 6 drabin i kolorowe płótna. Najpierw szare, potem krwawo czerwone, żałobnie czarne, aż w końcu niewinnie białe. Aktorzy owijali się nimi, plątali, falowali, wieszali płótna na drabinach. Dym, świeczki, światła. Hiob traci wszystko, ale odkrywa sens ofiary, godzi z decyzjami Boga. Opowiedziano tę historię w sposób specyficzny, inny od tego, do jakiego przyzwyczaiły mnie do tej pory oglądane spektakle. Bo i tematyka jest szczególna. Na widowni kilka zakonnic, sporo dziewcząt w białych bluzkach zapiętych pod szyję, dużo osób starszych. Trochę nie pasowałam. Poszłam na Hioba z ciekawości, nie kierowały mną wzniosłe pobudki. Nie zachwyciłam się, nie wyszłam z teatru zamroczona, oszołomiona, odmieniona. Jednak zadowolona. Liznęłam sobie takiego lizaka, który mimo beznadziejnego papierka smakował, co nie znaczy, że sięgnę po niego szybko ponownie.

Ewa
Ten wpis został opublikowany w kategorii Kategoria. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na Maciek wyjechał

  1. ala pisze:

    Przeczytałam tytuł i spodziewałam się jakiejś pikantnej historii…a tymczasem poszłaś do teatru…miło się czyta te Twoje opisy wrażeń, naprawdę…to jakby posmakowac tego lizaka gdzies w głowie…

  2. orka pisze:

    Podoba mi się podsumowanie 🙂

    Czasem lubię chodzić „sama”… np. do kina, bo w teatrze niestety nieczęsto bywam.

  3. waryjatka pisze:

    chóry cerkiewne są super

  4. ava pisze:

    tez bylam kiedys na takim spektaklu. kompletnie nic nie rozumialam, ale nie zaluje,ze poszlam

  5. e-listonosz pisze:

    Brawo za ambicje, za wytrwalosc i za szczerosc 🙂
    Dobrze, ze ja nie musze tego ogladac. Może gdyby to pekniecie było troche wieksze, a aktorka zgrabniejsza… ;P
    Najwazniejsze, ze potrafisz się bawic w kazdej sytuacji 😉

  6. zycie-z-nim pisze:

    trzeba było dać mi znać to bym poszła 🙂

  7. mortella pisze:

    nie kazdy smak chcemy szybko czuć ponownie..

  8. listy pisze:

    uwielbiam te cerkwiewne zawodzenia!
    a pęknięcie…, pewnie nie pozwoliłoby mi na zachowanie powagi:)))

  9. Marta pisze:

    Hmmm…
    Ja ostatnio byłam w teatrze na spektaklu „Balladyna”…
    Szczerze mówiąc nie podobało mi się…Lubię od czasu do czasu chodzić do teatru : ) ale tym sie rozczarowałam i moi znajomi również…heh…

    Pozdrawiam bardzo cieplutko!

    : )

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *