Ze smoczkami to było tak.

Najpierw wystarczał jeden, potem musiały być dwa – jeden (konkretny, nie zamiennie) do buzi, drugi do ręki. Co prawda używała ich tylko do spania, ale jednak. W nocy wyciągałam tego buziowego z ust, ale i tak po jakimś czasie budziła się szukając go po omacku.
Raz udało się zamienić ukochanego śmierdziucha na nowego, bez specjalnej tragedii.
Za drugim razem nie poszło lekko, ale….finalnie osiągnęliśmy sukces.
A mianowicie.
Schowałam wymiętolonego śmierdziela i powiedziałam, że zginął. Dałam nowego smoczka (dudusia), którego nie zaakceptowała i wyrzuciła w spazmach. Były łzy i prośby o ukochanego. Nie ugięłam się. Zasnęła wieczorem z problemami. W nocy obudziła się raz, szukając drogocennego uspokajacza. Trochę to trwało zanim zasnęła ponownie.
Myślałam, że bez smoczka w buzi nie będzie już spała w południe. Jednak myliłam się. Śpi.
Wstręt do nowego smoczka ustąpił miejsca łaskawej akceptacji. Ale nowy nie ma wstępu do jej ust (to była prawdziwa miłość). Zasypiając, oba smoczki trzyma w dłoniach. Jak maskotki.
Mam nadzieję, że już nie wróci do nałogu. 😉

Ten stary smoczek leżakuje ukryty w szafce kuchennej. Jeszcze trochę…

Ewa
Ten wpis został opublikowany w kategorii Kategoria. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na Ze smoczkami to było tak.

  1. Ania pisze:

    Kasia Twardzielka 🙂 U nas, jak wszyscy na pewno wiedzą…smakuje każdy smok 🙂 Wymiętolonego można zastąpić każdym innym, byle był kawałek gumy i kawałek plastiku 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *