.


Marudziłam,
stękałam, wiłam się w kuchni przy podgłoszonej muzyce, wytykałam, że dawno
nigdzie nie byliśmy, robiłam dziubek, skakałam wykorzystując do piruetów
powierzchnię dywanu.


się ugiął.

Zrozumiał,
że dłużej nie wytrzymam.

Zapytał
kilka osób w pracy, zorganizował grupę na 19.01, a potem oznajmił mi, że
idziemy na dyskotekę. (w pracy na pytanie – co się stało, że wybieramy się na
imprezę, Maciek odpowiadał parodią moich wygibasów dodając – nie miałem
wyjścia).

O
21-ej umówionego dnia wyszliśmy z domu !!!

O
matko !!!

Lało
!!!

Ale
co tam !!!

W
Piekarni mieliśmy zamówiony stolik na 4 pary. Wszyscy dopisali.

Można
powiedzieć, że wyszliśmy na „parkiet” pierwsi (nie licząc wyraźnie podpitej
pani, która na po kolejnych pląsach schodziła z placu boju na czworakach, a
potem zniknęła w towarzystwie młodszych facetów). Mnie już nogi skakały,
krzesło parzyło a Maciek chciał rozwinąć skrzydła.

Przez
godzinkę było luźno – można było się totalnie pokręcić. Potem zrobił się tłok
przeokropny, co oczywiście nas nie zniechęciło, ale utrudniało popisy.

Nie
sam taniec i ruch był w tym wypadzie ważny.

Z
przyjemnością popatrzyłam na zebrane w lokalu towarzystwo. Roznegliżowane,
odważne dziewczyny, opalone młódki, obsypane świecidełkami laski, świetnie
tańczący faceci i świetnie wyglądający przyczajeni obserwatorzy. Grupy osób
tańczących w kółeczku, soliści i solistki na podeście, zakochani, macający,
macane, podpici, śpiewający, klaszczący. Cały harmider za którym trochę
tęskniłam. I pierwszy raz widziałam na żywo tańczącą dziewczynę na wózku
inwalidzkim.

Zwinęliśmy
się ok. 1:30. Wystarczyło.

Na jakiś
czas 😉

Ewa

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kategoria. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *