.


Gdy podnosił prawą dłoń do góry pochylając się jednocześnie lekko do przodu, a jego skupiona,  wychudzona twarz wypełniała się emocjami, to przypominał mi papieża. Siwe włosy, bladość, spokój, skupienie. Dla złagodzenia poważnej atmosfery być może, zapewnił na początku że jest człowiekiem pogodnym. Rzeczywiście, gdy przyglądam się zdjęciom i zaglądam na nich w jego małe oczy, to widzę. W teatrze nie miałam takiej możliwości, zbyt daleko, bez szans na porozmawianie, zaglądnięcie głębiej.

Przeprosił za recytowanie na siedząco.

Wiersze Herberta są raczej smutne, a akompaniament gitary dodatkowo pogłębił klimat. Bałam się trochę, że to za wysokie progi, że z powodu wiecznej senności trudno będzie mi się skupić w ciemności, że nie zrozumiem itd. Ale nazwisko przecież. Głos…

Przyznaję – ziewnęłam kilka razy (a facet po przekątnej zasnął na 95%!), miałam momenty odlotów w siebie, zgubiłam kilka wersów. Ale starałam się. Wiersze które aktor wybrał dotykały na pewno jego osobistych problemów, przemyśleń, ale jednocześnie każdy na sali mógł odnaleźć w nich to, z czym sam się boryka. Ja też. Bo któż nie pomyślał nigdy o przemijaniu, sensie, cierpieniu, śmierci? Nie szukał zrozumienia?

Pan Kolberger był w młodości szałowym mężczyzną. Tego jestem pewna. Było mi smutno gdy ujrzałam go na scenie takiego zmienionego chorobą.

Ale potem przestałam o tym myśleć. Poddałam się jego aurze. Spotkałam pięknego człowieka.

A może to tylko wrażenie, zręczna manipulacja, efekt atmosfery spektaklu?

Nie.  Nie

Ewa
Ten wpis został opublikowany w kategorii Kategoria. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *