.


Chorujemy
sobie. Tzn. najpierw chory był Adam, teraz dopadło Kasię. W związku z Adamem  już nie muszę – sam sobie radzi z lekami (przy
okazji fantastycznie, wręcz pokazowo,  zbija
bąki i marnuje czas), ale na Kasię wzięłam sobie 3 dni zwolnienia. Przyznaję –
poniedziałek mnie wykończył. Po nieprzespanej nocy miałam w ciągu dnia:

mój: najgorszy
dzień okresu

jej: wymioty,
płacz, rozdrażnienie, zniechęcenie, i nieodstępowanie na krok

Może
dlatego, nadludzką mocą, doprowadziłam się wieczorem do względnego porządku, umalowałam,
upudrowałam, wciągnęłam kieckę na gacie,  rajstopy na nieogolone nogi, stanik… pal licho
szczegóły.. i wybyłam do teatru. Uff… dobrze mi to zrobiło. „Smak mamrota” to
było lekkie, wesołe przedstawienie z bywalcami „Ranczowej” ławeczki w rolach
głównych. Trzech pijaczków,  za zakłócanie
spokoju i zgorszenie młodzieży, dostało karę w postaci 20 godzin prac
społecznych. Chodzili sobie oni z lekcji na lekcję, z klasy do klasy, i
wygłaszali pogadanki o zgubnym wpływie alkoholu (oczywiście mało przekonująco).
To wszystko z gagami, śpiewem i udziałem publiczności (klasy znaczy).  Lekko, rubasznie, z przesłaniem. W sam raz na
moje samopoczucie i wymagania tamtego dnia.

Tylko,
że po przedstawieniu w poznańskim Teatrze Muzycznym jakoś trudno będzie mi się
zachwycić…

Ewa

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kategoria. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *