.

Tym razem była to premiera studencka.
„Wesołe kumoszki z Windsoru” w Teatrze Muzycznym (jakoś
upodobałam sobie to miejsce w Poznaniu, innych spektakli szukam
dopiero wtedy gdy w tym Teatrze nie uda mi się zdobyć biletu).
Siedziałam w pierwszym rzędzie na balkonie (jeśli ktoś był tam
ze mną to informuję, że wyglądałam znośnie w tej pomarańczowo
brązowej bluzce i krótkiej brązowej spódnicy :)).

Nie byłam zachwycona. Oczywiście
tradycyjnie miałam dreszcze w trakcie niektórych partii wokalnych i
scen zbiorowych, oczywiście łapałam się na tym, że mam otwartą
buzię i zaciśnięte pięści, że moja głowa jakoś nienaturalnie
w dół, albo w bok, ale całość nie dała mi satysfakcji jaką
czułam już kiedyś po spektaklu w tym Teatrze.

To były popisy wokalne poprzetykane
wprowadzeniami do scen. „Starzy” aktorzy robili wstawki
przybliżające to co wydarzało się na scenie. Szło dosyć
płynnie, ale ja wolę bardziej spójną całość. Ale może tak
wygląda te sztuka zawsze? Nie wiem, nie sprawdziłam, nie
przeczytałam.

Ale co było ciekawe? Ano to, że
siedziałam obok rodziny jednego z występujących studentów. To
była silna ekipa – rodzice, dwie babcie, ciotka, siostra, i jakaś
ich znajoma z dwójką dzieci. Ubrani elegancko, przejęci,
komentujący w przerwach występy Mateusza. Babcia mówiła o dykcji,
ktoś porównywał jego dziecinne zachowanie na co dzień z
dojrzałością sceniczną, mama nagrywała sceny siedząc na
schodach (w sukience i w szpilkach), siostra robiła zdjęcia (mimo
„zakazu”). Istne szaleństwo. Niesamowicie wciągające i bardzo
sympatyczne 😉


Lubię te moje soboty w Poznaniu. Już
od rana, na zajęciach studyjnych, myślę o wieczorze w Teatrze. A
studia? Hehe. Nie tak miało być. Nie tak. 😉

Ewa

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kategoria. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *