.

 

Gdy jedziemy nad jezioro zabieram picie, coś do jedzenia (chrupki,
truskawki, ciastka, wafle…), kocyk, łopatki, buty i ubranie dla Kasi na zmianę,
aparat, chusteczki, czapkę z daszkiem, coś na meszki…

Gdy jedziemy dalej, na parę godzin, to już w ogóle szkoda
gadać. Nie umiem inaczej. Muszę mieć coś na słońce, coś na deszcz, coś na
wiatr, coś do przekąszenia… szczególnie w związku z dziećmi, a najbardziej z
Kasią.

Adam krytykuje mnie, że wybieram się jak za granicę. Że on
to by wsiadł i pojechał po prostu. Po co to całe zamieszanie. Że powinnam wziąć
jeszcze np. farelkę.

Może ma rację.

Pewnie jestem nadgorliwa.

 

Któregoś razu jedziemy, jest słoneczny, ciepły dzień, jesteśmy
już dosyć daleko od domu, a Adam (po wcześniejszym naśmiewaniu się ze mnie) wyskakuje
z:

– kurcze, zapomniałem o okularach słonecznych!

 

Tadam, tadam

A ja je mam

Ewa

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kategoria. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *