.

Przypominał Stanisława Radwana. Wysoki, bardzo szczupły, z twarzą pooraną zmarszczkami, bruzdami na policzkach i wydatnym nosem. Do koszuli w ciemną krateczkę dobrał dziwny krawat, a spodnie w kant ściągnął paskiem sprawiając, że nogawki podciągnęły się powyżej kostek. Wyglądał pociesznie i sympatycznie zarazem. Siedział przy sztaludze, w kąciku pracowni plastycznej, w której my – amatorzy, próbowaliśmy uchwycić walory miski, dzbanuszka i garnka. Wyciągnął akwarele, jakiś maleńki szkic i przenosił obrazek na większy format. Nie odzywał się, a nasza prowadząca podchodziła do niego od czasu do czasu. Szeptali tam sobie coś. Ona głośniej o zaletach i wadach jego rysunków, on pokornie, szemrząco, niezrozumiale. W przerwie podeszłam, aby zobaczyć co robi. Otworzył ogromną teczkę i wyciągnął swoje akwarele. Mnóstwo akwareli. Zaszumiało. Mewy zaskrzeczały, a bryza uderzyła mnie w twarz. Niebo w różnych odcieniach łagodne i groźne zarazem. Nie ruszając się z miejsca znowu byłam nad morzem.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kategoria. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *