.

Kasia zgłosiła się do zrobienia plakatu ilustrującego pewną angielską piosenkę. Na występ w którym też ma brać udział. Zgłosiła się i nic. A czas ucieka. Kupiłam spory karton. Podpytuję i niezmiennie słyszę: później, jutro, zdążę. Któregoś dnie nie wytrzymałam, rozłożyłam na podłodze to co potrzebne i nakazałam wywiązanie się z zadania. Z łaski narysowała kontury rysunku i połowicznie pokryła farbą. W takim stanie praca leżała kilka dni na podłodze w jej pokoju. Znowu nie wytrzymałam i zaproponowałam, że pomogę i zapełnię rysunek kolorowymi plamami, a ona potem wykończy. Łaskawie określiła ogólną koncepcję i wyraziła zgodę. Wykorzystałam na malowanie czas jej nieobecności w domu. Gdy wróciła usłyszałam: coś ty zrobiła!, miało być inaczej!, zepsułaś wszystko! a po co to?! po co tamto?!. Na moje sugestie, że wszystko można jeszcze odkręcić bo to tylko jedna warstwa, ta w ryk. Oj, lekutko się wkurzyłam. Wykrzyczałam się, a na odchodne rzuciłam mało pedagogicznie, że mam w dupie ten jej rysunek. I poszłam. Ta w ciszy dokończyła co miała dokończyć i zajęła się książką. Następnego dnia odniosła plakat do szkoły.

I po co mi to było? Głupia matka ze mnie. Nadgorliwa, niecierpliwa. Mogłam odpuścić i poczekać aż sama dojrzeje do wykonania pracy. Lub nie.  Bo w końcu to nie mnie, a jej powinno zależeć…

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kategoria. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *