.

Ponad miesiąc temu nasz samochód poszedł do naprawy. Adam miał małą stłuczkę tuż przed Świętami, nie ze swojej winy i samochód nam zabrano. Nie zdenerwował mnie fakt tego wypadku, ale jego konsekwencje. Lubię być niezależna, niechętnie proszę o pomoc kogokolwiek, a dowożenie Kasi na różne zajęcia wymaga samochodu. Przez kilka dni prosiliśmy, ale potem wpadła mi do głowy myśl, że przecież na pewno przysługuje nam samochód zastępczy. Opieszałość Maćka w tej kwestii lekutko mnie rozstroiła, ale w końcu załatwił. Nowiutki volkswagen. Porównywać go z naszym 18-letnim oplem nawet nie ma sensu. Leciutki, płynny duży, przestronny. Nie miałam problemów z przestawieniem się. Wręcz przeciwnie. Potem go zabrali i dali dwuletnią renówkę. Gorsza od poprzedniego, ale też fajna. Pomyślałam sobie nawet, że jeśli tak dalej pójdzie, to może załapię się na testowanie trzeciego, kolejnego samochodu. Bo zaczęło mi się podobać. Testerka aut zastępczych. To brzmi dumnie. Niestety. Przed weekendem wrócił na usługi nasz staruszek…

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kategoria. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na .

  1. mam swojego PIERDZIKA, jak jadę z jakimiś dziećmi to mi mówią, ciociu kup jakieś większe, jakieś lepsze, z radiem ;-), a ja lube to moje maleństwo i zupełnie nie w głowie mi wymiana auta

  2. wczorajszy.blog.pl pisze:

    trzeba ponownie uszkodzić staruszka i testować nówki dalej 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *