.

Z dużym wyprzedzeniem poinformowano w kościele o dacie święcenie świec. Zanotowałam w kalendarzu – godz. 16:30. Byłam pewna, że mam gdzieś w domu święcę z kasinych chrzcin, więc niczego nowego nie kupowałam. Wyznaczonego dnia wróciłam do domu po 15-tej i zajrzałam w miejsce, które uznałam za pewnik. Ale tam świecy nie było. W kolejnym również nie. I dalej. Nie. Nie. Nie. Ok. 15:30 zadzwoniłam do Maćka aby nie wracał do domu, tylko najpierw pojechał do sklepu z dewocjonaliami i natychmiast kupił świecę. Bo wiedziałam, że Kasia nie odpuści, albo zaleje się łzami, albo załamie, albo co jej tam do głowy przyjdzie. Maciek zdążył wrócić tuż przed jej powrotem ze szkoły, po 16-tej. Położyłam świecę w przedpokoju. I już na schodach korytarza, kiedy otworzyłam drzwi do mieszkania, usłyszałam Kasi nieco pretensjonalny ton:

– A ty wiesz że dziś święcenie świec? Muszę iść. Pewnie zapomniałaś

– Nie. Jakże mogłabym zapomnieć. Świeca leży w przedpokoju. Chodź, zjedz coś szybko i podjedziecie z tatą samochodem.

– O?!

 

Uffff… 😉

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kategoria. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na .

  1. No proszę jak dziecko zaskoczyłaś 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *