.

Walczę z zębem. Raczej jestem na bieżąco z tymi sprawami, chodzę regularnie, ale tu stało się coś znienacka. Zaczął boleć. Wytrzymałam tydzień, do terminu zaplanowanej, kontrolnej wizyty, a potem się zaczęło. Rozwiercanie, lekarstwa, prześwietlenie. I ciągły ból. W końcu zatrucie. Trochę ulgi. Niedługo kolejne spotkanie z panią dentystką. Brrr….

Te wizyty wykańczały mnie. Wbita w fotel mimo końskiego znieczulenia, mokra, zimne dłonie zaciśnięte w pięści, przerażenie w oczach. Masakra. Zdarzyło mi się wracać z takiej wizyty autobusem. Na przystanku trzęsło mnie, bo emocje puszczały i zimno było, a  w autobusie chowałam obolałą twarz we włosach i sprawdzałam czy po znieczulonym policzku i wykrzywionych ustach nie cieknie mi aby ślina, bo nie miałam nad tym kontroli. Pięknie. Jakby tego było mało wychodząc pewnego dnia z gabinetu nabiłam sobie wielkiego guza na czole. Bo w amoku powizytowym szarpałam się z żelazną bramą pani doktor. Aż mnie zamroczyło. Dobrze, że mam grzywkę….

Za co???

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kategoria. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na .

  1. ~f pisze:

    ależ przygody 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *