.

W poniedziałek byłam nie do  życia. Przebrnęłam przez ten dzień w zbyt dużych bamboszach, powłócząc nogami, spierając się z marudzącą Kasią, walcząc z opadającymi powiekami. Wtorek podobnie. Popołudnie z kawą pod ręką, przy grach planszowych gdzie jakimś cudem wygrałam w skoczki i pamięć. Środa o niebo lepsza. Dosłownie o niebo, bo poranek przywitał mnie brunatno różowym, zjawiskowym kłębowiskiem nad głową. Coś nieokreślonego dodało mi energii, odhaczyłam się w bibliotece zgarniając trzy kryminały i dokończyłam bombkę (tak, tak, świąteczną). Czwartek całkiem znośny choć za oknem deszcz. Były zakupy, książka i wizja miłego piątku. A dziś zawroty głowy, pijane nogi, mocniejsza kawa z rana. Musiałam przemóc dziwną słabość, ocknąć się wolniej niż zazwyczaj, złapać pion. Jest prawie 13-ta. To co najfajniejsze wydarzy się po pracy. Warsztaty plastyczne (pewnie na siedząco, bo przy sztaludze mogłabym się gibać na boki) i baaaardzo późna kolacja na którą stawi się Adam! O weekendzie nie wspomnę. Ten nie ma wyjścia. Musi być pozytywny.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kategoria. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *