.

Ta śmierć nie spowodowała rozpaczy, ale raczej smutek i takie dziwne, niewidoczne dla oka wewnętrzne otępienie. Dziadek miał 95 lat. Długo trzymał się całkiem dobrze, ale ostatni miesiąc to była szarpanina, zmęczenie, zadręczanie się i niemoc. Szczególnie dla mojej mamy, która, mimo posiadania dwóch sióstr, opiekowała się nim sama. Dziadek słabł, a dwie wizyty w szpitalu zamiast pomóc, tylko przyspieszyły koniec. Przykro było patrzeć jak się gwałtownie zmieniał. Fizycznie i umysłowo. Ostatni raz widziałam go krótko w sobotę. Nie zajmował chyba nawet połowy szpitalnego łóżka. Malutki, wysuszony, zapadnięty. Coś rzęził, ale jeszcze kiwał głową gdy pytałam czy mnie słyszy. Potem kontakt z nim się urwał. W poniedziałkową noc odszedł.  Nie byliśmy zaskoczeni. Pojawiła się nawet ulga.

Takie zetknięcie z umierającym, niknącym człowiekiem to żadna nauczka. Jest oczywiście chwila na zastanowienie, ogarnięcie swoich niedorzecznych kłopotów i frustracji, radość z posiadania kogoś, czegoś, zdrowia itd. Ale tak naprawdę nasuwa się myśl – jakie to życie głupie, jakie bez sensu. I obojętnie co zrobię, to skończę tak samo.

Dobrze, że Święta tuż, tuż. To w końcu czas odradzania. Niech się narodzi. Ktoś. Coś. Cokolwiek.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kategoria. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 Responses to .

  1. ~M pisze:

    Mam babcie 97 lat i tak po prawdzie jakbym czekała na ten moment … Ech życie,

  2. jedyne co jest pewnego to śmierć
    i nikogo nie ominie
    współczucia, szczególnie przed Świętami, pamiętam jak moja babcia 20 grudnia od Nas odeszła

  3. ~b pisze:

    Juz sie nie męczy i ..on i mama…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *