.

Zauważyłam go wychodząc już w zasadzie z targu staroci. Siedział w gronie sobie podobnych. Wyróżniał się na tle tych ubranych krzykliwie, bo miał proste, białe ubranko z kilkoma czarnymi kropami. Na główce czarną czapeczkę, a pod okiem łzę. Patrzył na mnie smutno, więc nie mogłam przejść obok niego obojętnie. I tak za kilka złotych stałam się posiadaczką urokliwego pierrota. W domu zajęłam się nim troskliwie. Umyłam go, uprałam ubranko, położyłam na balkonie w słońcu. Ale gdy zabierałam go stamtąd już suchego, zrobiłam to tak nieporadnie, że wyleciał mi z rąk i upadł na balkonowe płytki. Jego główka nie miała szans, rozpadła się na drobne kawałki. Przez chwilę siedziałam nad nim załamana nie widząc sensu w sklejaniu. A potem tak mi było przykro, że wyszłam do pokoju i chyba z pół godziny nie ruszyłam nawet fragmentu z tych rozsypanych. Jednak wróciłam z klejem. Nie szło. Nie pasowało. Rozsypywało się w rękach. Jednak jakoś, mozolnie, nieprofesjonalnie, skleiłam go na tyle aby chociaż twarz wyglądała znośnie. Na tył dziurawej główki nasunęłam głębiej czapeczkę.

Póki co pilnuje starych młynków do kawy. Wkrótce zostanie dobrym duchem mikro kącika z poezją.

pierrot

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kategoria. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *