.

Jeśli tylko jest fajna pogoda w weekend i mam czas (a najczęściej na to zawsze mam) to zabieram dzieciaki – Kasię i Ola w plener. O każdej porze roku. W tę sobotę i niedzielę nie mogło być inaczej. Tym razem „cumowaliśmy” nad jednym z  jezior gdzie słońce grzało letnio, kaczki lądowały na wodzie, motyle zataczały kręgi, a dzięcioł dał się podpatrywać w trakcie stuków puków . Jednego dnia więcej spacerowaliśmy, drugiego zabrałam koc i prowiant.  I to nie jest tak, że oni kręcą się w pobliżu. Wręcz odwrotnie – najczęściej jestem tylko kierowcą i dostawcą przekąski, ale nie powinnam być blisko gdy się bawią. Tak, bawią! Ta zabawa polega najczęściej na wymyślaniu tylko dla nich jasnych historii, rozmawianiu, odgrywaniu scenek. Używają patyków, szturają się, „biją”, grzebią w ziemi, układają  coś, rzucają. Wiem co nieco, ale nie wnikam jeśli nie chcą mówić. Cieszę się tymi chwilami może nawet bardziej niż oni.  Zerkam na nich z daleka, znad książki, znad rysunku, zza drzewa, w trakcie fotografowania. Widzę, że wciąż są dziećmi. Że mają fantazję, wyobraźnię, której potrafią używać.  Mam jeszcze trochę czasu, żeby czerpać z ich beztroski, a to bardzo cenne. I dobrze wiem, że skończy się za szybko.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kategoria. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „.

  1. sarahh pisze:

    Fajnie.
    Szkoda mi, ze moja corka prawie tak nie potrafi. Wciagnieta przez cywilizacje. Wiem, ze to moja wina, mojego trybu zycis i pracy u cishlego braku czasu i gonitwy. Barfzo żałuję.
    A tak z innej beczki , czy wiesz co z Alą? Pisze gdzies? Istnieje?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *