.

Loty, do Londynu i z powrotem, były moimi pierwszymi w życiu. Nie bałam się wcale. Nie miałam żadnych złych myśli i obaw. Moja radość z tego faktu zagłuszyła wszystko. Na widok samolotów na lotnisku buzia mi się śmiała, przed wejściem na pokład robiłam sobie zdjęcia, potem w środku, przez okno… A w trakcie startu nie mogłam powtrzymać ust. Szczerzyłam zęby jak głupia. Chłopiec, który siedział obok z tabletem, zerkał na mnie spode łba nie rozumiejąc zapewne o co mi chodzi. Do Londynu lecieliśmy za dnia, a poznani na pokładzie Agnieszka i Piotr, weterani lotów, zaproponowali abym się przesiadła i odstąpili mi miejsce przy oknie. A tu chmury różnorakie, wata, śnieg, dym z komina, słońce, błysk skrzydła, mijające się w powietrzu maszyny, wiatraki, pola.. Lot powrotny wieczorem, więc widok oświetlonych ulic, domów, skupisk zabudowań, czarna suknia z koralami lamp…W trakcie turbulencji nie zaciskałam dłoni, nie modliłam się, zamknęłam tylko oczy i myślałam o tym, co fajnego chciałabym jeszcze przeżyć. Wyszło, że sporo tego.

To Adam zabrał mnie na tę kilkudniową wycieczkę. Zorganizował wszystko, a kosztami się podzieliliśmy. Był moim przewodnikiem, tłumaczem, wyrocznią i jedynym towarzyszem. Byłam taka dumna widząc jak swobodnie się porozumiewa i porusza po Londynie. Mogłam wyluzować, o nic się nie martwić, tylko iść, chłonąć, patrzeć… Sprawił mi wielką radość. Naładował pozytywnie. Uszczęśliwił po prostu.

 

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kategoria. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *