.

Dowiedziałam się o tej wystawie wiele miesięcy temu, zakodowałam, ale gdy nadszedł właściwy dzień i wernisaż, nie mogłam pojechać. Jednak kilka dni po tym wydarzeniu byłam służbowo w Toruniu i miałam wolną godzinę. Wiedziałam co z tym czasem zrobić. I chociaż Mariny Abramowić nie zobaczyłam na żywo (bardzo żałuję), miałam okazję poobcować z wytworami jej wyobraźni, spostrzeżeń, refleksji, irytacji czy szaleństwa. Jak kto woli, chociaż dla mnie to totalna mieszanka wszystkiego co wymieniłam. Ekspozycja świetnie zorganizowana, przestrzenna, różnorodna, multimedialna. O wielu przedsięwzięciach Mariny wiedziałam, trochę czytałam, oglądałam w internecie, ale wystawa jest tak obszerna, że niektóre pomysły mnie zaskoczyły. Godzina to za mało, nie zdążyłam np. wyciszyć się w sali, w której przesypuje się ryż… a może właśnie w tym pomieszczeniu powinnam spędzić najwięcej czasu… Marina mówiła do mnie o potrzebie bliskości, o samotności, braku szacunku, o zakłamaniu, o bólu, cierpieniu, nie dostrzeganiu siebie, o energii, interakcji, przemijaniu… Ile z tego co robi jest podyktowane zwróceniem uwagi odbiorcy na to ci istotne miedzy ludźmi, a ile jej wewnętrzną walką z własnymi demonami? Oj Marina…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kategoria. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *