.

Ratownicy dopiero szykowali się do niedzielnego dyżuru, który nie zapowiadał się intensywnie, bo pogoda raczej nadmorska. Nad jeziorem dwóch, ukrytych w krzakach wędkarzy, para z psem, jakiś biegacz i ja. Szum drzew najpiękniejszy z możliwych, bo niezmącony ludzkimi głosami. Intensywny wiatr co chwilę odganiał chmury pozwalając słońcu przypiekać moje policzki. Leżałam na pomoście otulona swetrem w niby ciszy. Niby, bo grało mi najcudowniej. Czas przycupnął, zupełnie niedaleko. Bazgrolił kijkiem w piachu. Nic, niczego, nikogo, niczemu…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kategoria. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *