.

Mam koleżankę, którą nazywam szamanką. W bardzo ciepłym tego słowa znaczeniu. Robi takie dziiiiwne rzeczy… interesuje się sprawami, o których nigdy wcześniej nie słyszałam. Zgłębia tajniki ajurwedy, jest wegetarianką (a może weganką), medytuje, stara się współgrać z naturą, ze sobą…Skosztowałam niedawno, dzięki niej właśnie, gimnastyki słowiańskiej połączonej z seansem na misy i gongi. Gimnastyka w zupełnie innym tempie niż fitness, angażująca nie te partie ciała, do spinania których jestem przyzwyczajona. Nie wciągać brzucha, pomału, rozluźnić ramiona …łatwo mi nie było. Ale przyjemnie. Natomiast misy i gongi okazały się wyjątkowo kojące. Położyliśmy się na matach, otuliliśmy kocami, zgaszono światło, zapachniały kadzidła. Prowadząca wyczarowała taką muzykę, że poczułam się jak bohaterka Starej Baśni, zobaczyłam pod zamkniętymi powiekami pradawne nocne knieje, gęstwinę drzew, rusałki, wojowników, wilki na wzgórzu i chwilami słońce wyłaniające się zza linii horyzontu.

Miało zrelaksować i zrelaksowało.

Jednego z Panów tak bardzo, że zasnął i chrapał.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kategoria. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

1 odpowiedź na .

  1. sarahh pisze:

    Widziałam to kiedyś w TV… wydało mi się cokolwiek dziwne. Myślę, że najtrudniej się przełamać i zrobić pierwszy krok. Potem idzie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *